DOM DZIENNEGO POBYTU
MAGDA - MARIA


HISTORIA I DZIAŁALNOŚĆ
DOMU DZIENNEGO POBYTU
 MAGDA - MARIA

ULICA BARLICKIEGO PRZED PÓŁ WIEKIEM.
Słowo wstępne

Autorem opracowania jest mieszkający przy ul. Barlickiego od 1948 roku Kazimierz Fikus. O potwierdzenie, oraz uzupełnienie swoich wspomnień, poprosił towarzysza dziecięcych zabaw, mieszkającego obecnie na Zaodrzu pana Andrzeja Bogdan. Na dołączonej do tekstu mapie naniesiono kolorową kreską zarysy nieistniejących już obiektów i interesujących obszarów.


***


Ulica Barlickiego, mimo że jest dosyć krótka należy do najbardziej oryginalnych i najciekawszych ulic Opola. Taką jest teraz i taką była przed pół wiekiem.

Położona w samym centrum miasta łączy brzegi Młynówki i rzeki Odry. Do 1945 roku Linden Strasse, czyli ulica Lipowa. Na całej długości rosły po obu jej stronach lipy, tak gęsto posadzone, że była to właściwie aleja lipowa. Niestety, drzewa te okazały się słabe, pousychały i obecnie jeszcze kilka ich zostało na chodniku przylegającym do żłobka i Domku Lodowego. Także na skarpie sąsiadującej ze stawem rosło o wiele więcej wiekowych drzew niż obecnie, staw miał naturalne brzegi porośnięte roślinnością. Był nieco większy niż teraz, 1/1,5 metra głębokości, a jego wody obfitowały w roślinność i faunę wodną. Ryb było tak dużo, że łowiono je za pomocą siatek rozpiętych na długim kiju. Mówiono, że żyje w nim ogromna ryba i faktycznie, kiedy spuszczono wodę wyłowiono szczupaka o ponad metrowej długości. Często widzieliśmy traszki, które obecnie trudno napotkać w polskich wodach. Na wiosnę zadziwiały nas roje kijanek, a wieczorem latające nad wodą nietoperze. Latem, w pobliskich krzakach łapaliśmy robaczki świętojańskie, a w ciągu dnia, w powietrzu unosiły się tysiące chrabąszczów. Można było wypożyczać kajaki i pływać po stawie. W zimie urządzano lodowisko, które oświetlały dwie lampy umocowane na wysokich, betonowych słupach stojących na środku stawu. Kiedyś spuszczono wodę ze stawu w celu jego wyczyszczenia i pogłębienia. Za pomocą wagonika - wywrotki na ułożonych szynach wywieziono wielkie ilości mułu. Pozostałością tego jest wzniesienie między stawem a parkingiem. Z tego mułu pozyskiwaliśmy kolorową glinę do lepienia różnych zabawek i przy tej okazji znajdowaliśmy wielkie ilości amunicji po ostatniej wojnie. Starsi chłopcy urządzali z tych znalezisk niebezpieczne zabawy. Znajdowali całe pojemniki z nabojami, z wydobytego prochu usypywali na kamiennym murku ścieżki, które następnie podpalali z jednego końca. Znajdowali również pociski moździerzowe, a jeden z chłopców wykopał całą „pepeszę”, czyli rosyjski pistolet maszynowy, którym straszył kolegów. Dla mnie jest zagadką skąd tyle niewystrzelonej amunicji znalazło się w stawie.

Rzeka Odra miała urozmaicone brzegi dzięki malowniczym ostrogom i gęstym zaroślom wierzbowym. Po powodzi w1997 roku zlikwidowano ostrogi i wszelkie zadrzewienie, wyrównano brzegi i wały tak, że obecnie Odra w niczym nie przypomina rzeki, dla mnie jest to kanał „Odra”. Na pocieszenie pozostaje fakt, że woda jest z każdym rokiem czyściejsza, jest coraz więcej ryb, nawet pstrągi. W barwie wody można dojrzeć zieleń, a przed pół wiekiem była ona szara i z daleka wyczuwało się nieprzyjemny zapach wydzielany przez ścieki przemysłowe. Mój ojciec opowiadał, że jeszcze wcześniej woda była czysta, było ładne kąpielisko z plażą i ojciec kąpał się w Odrze. Co chwilę słyszałem syrenę i biegłem popatrzeć jaki statek płynie, a było na co popatrzeć: napędzane parą holowniki z wysokimi kominami (kominy te kładziono podczas przepływu pod mostami), ciągnęły po kilka barek, a na tych barkach całe rodziny z dziećmi zwłaszcza podczas wakacji, często widzieliśmy psy a nawet kury na barkach. Niekiedy przepływały jednostki z banderą czeską, nowoczesne barki motorowe, dziwaczne pogłębiarki, motorówki milicyjne. Latem, w pobliżu mostu kolejowego gdzie była przystań urządzono wyścigi motorowodne, różne zabawy dla dzieci i dorosłych. Kursował prom na drugi brzeg (taki prom kursował także za jazem na wyspę Bolko, ponieważ w Opolu funkcjonował tylko jeden most – w 1945 roku wycofujące się wojska niemieckie wysadziły wszystkie mosty oprócz kolejowego). Z Technikum Żeglugi Śródlądowej w Koźlu przypływała wielka barka mieszkalna z uczniami w pięknych mundurach marynarskich. Ale największą atrakcją był bocznokołowiec pasażerski, który na całe lato przypływał z Wrocławia i cumował przy przystani koło ,,Izby Zatrzymań”. Podczas rejsu można było podziwiać przez okno pracującą, wspaniałą maszynę parową, pięknie pomalowaną, czarne cylindry, czerwone korbowody, złote łożyska i ogromne koła zamachowe. Kajakarze urządzali spływy kajakowe aż do Szczecina i mieli wyznaczone pole biwakowe. Kiedyś rozbili na nim namioty, a my cały dzień obserwowaliśmy jak wygląda życie obozowe. W miejscu obecnego parkingu pod amfiteatrem była dosyć duża łąka, tam biwakowali kajakarze, a starsi chłopcy i dorośli grali w piłkę. Piłki miały sznurowane rozcięcie, z którego wyjmowało się gumową dętkę i wężyk. Po napompowaniu dętki i zawiązaniu wężyka należało taką piłkę zasznurować. Popularne było też uprawianie różnych konkurencji lekkoatletycznych. Chłopcy sami wykonywali sprzęt, budowali skocznie w ogrodach. Do dzisiaj przechowuję w piwnicy oszczep wykonany przez starszego brata. Teren obecnego amfiteatru był bardzo dziki, gęsto zarośnięty krzakami, a ze wzgórza które kiedyś było znacznie rozleglejsze niż obecnie, urządzaliśmy w zimie niezwykle długie zjazdy, można było zjechać na sankach aż do ulicy Barlickiego i jeszcze kilkadziesiąt metrów ulicą Powstańców Śląskich. Za wzgórzem znajdowały się wykopaliska archeologiczne i można było przyglądać się pracy zatrudnionych tam studentów.

Kiedyś napadało tyle śniegu, że nie mogliśmy dojść do szkoły przy ulicy Powstańców Śląskich i lekcje w tym dniu były odwołane. Pamiętam, jaką wielką atrakcją było przedzieranie się pod wykopaliskami przez zaspy sięgające do piersi. A wieczorem słyszałem jak na ulicy rozbrzmiewały dzwonki przymocowane do uprzęży koni ciągnących sanie.

Pół wieku temu mieszkało się na ulicy Barlickiego jak na wsi, w przenośni i dosłownie. Chodniki od skrzyżowania z ulicą Powstańców Śląskich w kierunku Odry nie były wybrukowane. Z mojego balkonu spoglądałem na gospodarstwo wiejskie znajdujące się tuż za drewnianym płotem. Pani Baniowa wypędzała z obórki dwie krowy i wypasała je nad Odrą. Na podwórzu hałasowały liczne zwierzęta domowe, kury, kaczki, gęsi, świnie, a Pani Baniowa codzienni ciągnęła drewniany wózek z naczyniami po tzw. zlewki ze stołówki na ulicy Niedziałkowskiego. Rosły drzewa owocowe, dalej był nasz ogród, w którym ojciec uprawiał warzywa, a matka hodowała kury. Za ogrodem były „spalonki” czyli zrujnowane zabudowania browaru. Latem budowaliśmy w ogrodzie domki z cegieł i z desek, a jesienią szałasy okryte liśćmi. Powszechne było palenie ognisk. Taki stan rzeczy trwał do końca lat 50-tych kiedy zaczęto burzyć „spalonki” i budować sztuczne lodowisko. Pierwotnie szatnie dla hokeistów i publiczności znajdowały się w stodole, a kiedy ją wyburzono i trwała budowa budynku Toropolu, szatnie znajdowały się w pozostałych budynkach browaru. Drugim wiejskim domkiem przy ulicy Barlickiego był istniejący do dzisiaj, przebudowany domek należący do Radia Opole, lecz nie było tam obory z krowami czy stodoły.

    Pewnego dnia pojawił się w naszej kamienicy Dziadek. Był on repatriantem ze Związku Radzieckiego i zamieszkał u swojego krewniaka. Dziadek Świerżyński początkowo nie znał ani jednego słowa polskiego i nic do nas nie mówił. Wypasał krowy Pani Baniowej nad Odrą, tamże ścinał wiklinę, z której wyplatał kosze i sprzedawał je na targu. Jak było ciepło, Dziadek wyplatał kosze siedząc na podwórku. Na ulicy często można było spotkać żołnierzy rosyjskich, byli bardzo sympatyczni, chętnie rozmawiali z dziećmi i palili „skręty” - czyli nosili osobno tytoń i osobno papierki.

W „ognisku” mieszkała rodzina niemiecka, byli to ewangelicy i chodzili do innego kościoła. Dwaj chłopcy Ditter i Horst byli znacznie starsi - dlatego nie bawiłem się z nimi. Na sąsiedniej ulicy mieszkał Uli, też Niemiec, parę lat starszy ode mnie, imponował nam niezwykłą zręcznością i sprawnością fizyczną, błyskawicznie wspinał się na drzewa i potrafił naśladować małpy. Co kilka dni widziałem jak Uli przechodził pod naszym domem z siatką pełną raków, które łowił daleko, bo w „Kanale Stojącym” odległym o kilka kilometrów. Raki europejskie, podobnie jak traszki, są dzisiaj wielką rzadkością. Wtedy nie mieliśmy rowerów gdyż był to duży luksus, poza tym nie było rowerów małych, rowery posiadali tylko dorośli.

    W przeciwieństwie do rzeki, która tętniła życiem, ulice na Pasiece były ciche i spokojne. Ulicą Barlickiego dziennie przejeżdżało kilka samochodów, częściej widziało się ciężarowe niż osobowe. Jeśli jechał osobowy to był samochodem służbowym, prywatnych nie było. Więcej było motocykli, dużo z przyczepką, z tak zwanym koszem. Więcej było koni niż samochodów, furmanki rozwoziły towar do sklepów. Ulicą Barlickiego przejeżdżały traktory z przyczepami załadowanymi skórami zwierzęcymi, które były preparowane w garbarni znajdującej się w budynkach po browarze. Kiedyś do Ulika przyjechał jego wujek z Austrii. Ten, widząc z jaka ciekawością oglądamy jego Volkswagena-Garbusa zaprosił mnie i dwójkę kolegów do wnętrza i zaczął wozić po pustych ulicach Pasieki popisując się sportową jazdą. Jechał slalomem całą szerokością jezdni, a my mieliśmy mieszane uczucia: jednocześnie radość, strach i zdziwienie. Ten wujek był dla nas przybyszem z innego świata.

Szczególną atrakcją dla dzieci byli różni handlarze wędrujący po ulicach. Z daleka już było słychać odgłos dzwonu i nawoływania. Dzwonem była blacha zawieszona na słupku umocowanym na dwukołowym wózku. Handlarz najczęściej skupował szmaty, czyli zużyte ubrania, pościel itp. Ważył je za pomocą wagi sprężynowej i w zamian mogliśmy sobie wybrać odpowiedniej wartości zabawkę. Takie drobne zabawki były zawieszone na pionowo umocowanej do wózka płycie. Zabawek plastikowych wówczas nie było, wszystkie były wykonane z blachy, drewna czy papieru jak np. bajecznie kolorowe piłeczki odbijane na gumce. Wędrowali ulicą także rzemieślnicy oferujący różne natychmiastowe usługi, takie jak ostrzenie noży, czy lutowanie dziur w garnkach. Wobec tak nikłego i powolnego ruchu pojazdów cała ulica była „nasza” i większość zabaw odbywała się na betonowej jezdni ulicy Powstańców. Chłopcy naśladowali przelatujące codziennie odrzutowce, czyli radzieckie Migi i polskie Limy, których było wówczas bardzo dużo. Równie często przelatywały „kukuruźniki” - czyli dwupłatowce, często holowały szybowce, a niekiedy leciały przeraźliwie nisko nad domami i rozrzucały ulotki, biegaliśmy wtedy wszędzie aby odnaleźć jak najwięcej ulotek. Na ulicy graliśmy w palanta albo w zośkę czyli „piłkę” wykonaną z wełny i ołowiu którą każdy chłopiec nosił w kieszeni. Dziewczynki grały w klasy na chodniku i skakały przez skakanki. Wspólne były zabawy w skutego, ganianego, szukanego czy dwa ognie.

Przez całe wakacje chodziliśmy na bosaka, niestraszne były nam krzaki i chaszcze, które pokonywaliśmy bosymi stopami. Często przesiadywaliśmy u starszego kolegi na stryszku wysokiej, murowanej altanki, której pozostałością jest mur na rogu ulicy Barlickiego i Powstańców Śląskich.

Kazimierz Fikus, Opole, czerwiec 2008





Dom Dziennego Pobytu „Magda-Maria”

Kiedyś w MOPS-ie nasza Magda

ledwie przy biureczku siadła

a tu w drzwiach niewielki tłumek,

zamieszanie, drobny szumek

i na biurku Dyrektora

leży już petycja spora:

„ludzie proszą by nareszcie

kącik miły mieli w mieście,

chociaż głowa już w siwiźnie,

to się chce pogadać z bliźnim,

wypić kawę i potańczyć

zamiast w domu wnuki niańczyć.”

Delegacja już za drzwiami -

Magda toczy bój z myślami....

i jak zwykle bój jest krótki

(taki ledwie na ćwierć nutki).

Pisma krążą jak szalone

i ...już wszystko załatwione!!

Tu pojawia się Bogusia

no i proszę – remont rusza.

Milczą ludzie ze zdziwienia,

któż ruderę tę odmienia?

I gdy część już jest zrobiona

na arenę wkracza ONA.

Ludzie patrzą podejrzliwie,

rzec by można nawet tkliwie:

Taka drobna i blondynka?

Cóż tu zdziała ta dziewczynka?

Maria grzywą zarzuciła

i remoncik... wnet skończyła!

I nad stawkiem w małym bloku

już jest piękne nowe lokum.

A tu proszę, problem nowy,

tak bez nazwy? Nie ma mowy!

Teraz głowią się ludziska,

każdy pomysłami tryska,

żeby nazwa była miła,

by się ciepło kojarzyła.

Myśl już błyszczy niby chrom:

„MAGDA-MARIA” to nasz DOM

Placówka jest ośrodkiem wsparcia dla Seniorów i osób niepełnosprawnych z terenu miasta Opola. Działalność jej jest finansowana przez gminę Opole, dzięki czemu korzystanie z niej jest bezpłatne.

Otwarta została 4 listopada 1991 roku. Mieści się na parterze budynku mieszkalnego, w całości jest przystosowana do potrzeb osób niepełnosprawnych – bez barier architektonicznych.

Otwarta we wszystkie dni robocze w godzinach 7.30 – 18.00.


W placówce odbywają się zajęcia prowadzone przez wykwalifikowanych instruktorów terapii zajęciowej, imprezy kulturalne, spotkania okolicznościowe, ponadto codziennie można skorzystać z domowych obiadów których koszt jest uzależniony od wysokości emerytury lub renty i mieści się w granicach: od całkowicie bezpłatnych do 8,00 zł.


Kluby i sekcje działające w placówce:


  1. Grupa muzyczna: Chór „Bagatela”, Grupa Wokalna „Ich siedmioro”- osoby prowadzące: Inga Bożek, Marek Mielnik

  2. Kabaret „Z Różą”- osoby prowadzące: Inga Bożek, Róża Baranowska

  3. Grupa taneczna: „ Relaks” - osoba prowadząca: Kazimierz Michlik

  4. Koło Plastyczne „Tęcza” - osoba prowadząca: Nina Skorupska

  5. Klub Seniora – osoba prowadząca: Stanisława Raj-Pyrć

  6. Sekcja robótek ręcznych – osoba prowadząca: Krystyna Kroszel

  7. Towarzystwo Kanapowe – opiekun: Janina Bazyli

  8. Klub Brydżowy

  9. Klub Szachowy

  10. Ogólnopolskie Stowarzyszenie Seniora- Koło Seniora – Przewodnicząca: Teresa Kłoda

KLUB SENIORA

Zadaniem Klubu Seniora jest motywowanie osób samotnych i starszych z terenu miasta Opola do spotkań towarzyskich przeciwdziałających poczuciu samotności i izolacji społecznej.

Klub Seniora zrzesza osoby chętne do spotkań towarzyskich, kulturalnych i informacyjnych które pozwalają na nawiązywanie kontaktów społecznych, integrowanie środowiska i służą pomocą w dostosowaniu się do postępującej techniki ułatwiającej życie ludziom starszym.

Spotkania odbywają się w środy dwa razy w miesiącu w sali placówki DDP.

Członkiem Klubu Seniora może zostać każda osoba będąca w wieku emerytalnym, lub niepełnosprawna, która zgłosi chęć uczestnictwa w Klubie u Przewodniczącej poprzez złożenie podania.

Klub prowadzi Stanisława Raj – Pyrć.

TOWARZYSTWO KANAPOWE

Codziennie od rana można miło spędzić czas w Towarzystwie Kanapowym.

Jest to miejsce spotkań wszystkich którzy mają ochotę porozmawiać, wspólnie oglądać seriale telewizyjne, napić się ze znajomymi kawy i herbaty, porozwiązywać razem krzyżówki, lub zwierzyć się ze swoich kłopotów.

Opiekunem pokoju jest pani Jasia Bazyli, która pomaga również w urządzeniu okolicznościowych poczęstunków imieninowych, lub urodzinowych.